Banki chcą więcej o nas wiedzieć. Dłużej przechowują nasze historie kredytowe, a ostatnio penetrują nawet prywatne "czarne listy". I coraz więcej klientów skazują na wieloletnią kredytową banicję.
Apetyt bankowców na informacje o naszej przeszłości jest nienasycony. Już teraz mogą oni przez pięć lat przechowywać dane o tym, że nie zapłaciliśmy jakiejś raty lub spóźniliśmy się z uregulowaniem odsetek od kredytu. Wiosną wejdzie w życie prawo, które pozwoli bankom przechowywać dane o nierzetelnych kredytobiorcach przez 12 lat!
Informacja o osobach niespłacających długu (nawet drobnego - przez co najmniej 60 dni) trafia do Biura Informacji Kredytowej (BIK), czyli bazy, w której banki sprawdzają wszystkich wnioskodawców o kredyty. Negatywny wpis w BIK zwykle oznacza odmowę kredytu.
Bankowcy mówią o konieczności lepszego badania ryzyka kredytowego. Ich zdaniem ochrona przed nierzetelnymi kredytobiorcami jest w interesie uczciwych klientów. Ale czy w swej "pamiętliwości" nie zapędzają się zbyt daleko?
Emil Szweda, analityk Open Finance: - 12 lat to gruba przesada. Delikwent będzie tkwił na liście nierzetelnych dłużników wiele lat po swoim przewinieniu, to kara nieproporcjonalnie wysoka.
Bankowcom nie wystarczają już informacje z BIK o naszych starych i bieżących kredytach. Chcą też wiedzieć, czy terminowo opłacamy rachunki za prąd, gaz, telefon. Te informacje zbierają tzw. biura informacji gospodarczej. To prywatne firmy, do których wierzyciele - np. firmy telekomunikacyjne, spółdzielnie mieszkaniowe - mogą zgłaszać swoich dłużników. Na listę można trafić, mając trzymiesięczne zadłużenie o wartości co najmniej 300 zł.
Największe biuro informacji gospodarczej - wrocławski Krajowy Rejestr Długów (KRD) - ma w swojej bazie już 175 tys. osób i firm. Szacuje, że do końca roku w bazie znajdzie się 100-120 tys. nowych wpisów.
Jeszcze do niedawna takie "czarne listy" nie były dla banków interesujące. Teraz to się zmienia. - Mamy już podpisane umowy z kilkunastoma instytucjami finansowymi - mówi Andrzej Kulik, rzecznik KRD. Wtóruje mu Iwona Janeczek z konkurencyjnej bazy KSV (teraz jest w niej 40 tys. dłużników): - Coraz więcej banków chce nie tylko mieć wgląd do naszej listy, ale też przekazywać nam dane o swoich nierzetelnych klientach - mówi Janeczek.
Dlaczego bankom nie wystarcza BIK? Bo konkurują między sobą m.in. w szybkości udzielania kredytów. Największe sukcesy święcą te banki, które ustawiają swoje stoiska w centrach handlowych i dają pieniądze dosłownie na poczekaniu, w ciągu kilkunastu minut. W tym czasie muszą trafnie ocenić wiarygodność potencjalnego klienta. Więc jeśli - poza BIK - mają dostęp do "czarnych list", czują się pewniejsze.
Efekt? Coraz więcej ludzi banki odsyłają z kwitkiem. Żaden bank nie ujawnia odsetka odrzuconych wniosków kredytowych. - Ale na pewno nie jest to liczba jednocyfrowa - mówi Łukasz Chojnacki, prezes Eurobanku, dużego gracza na rynku szybkich kredytów.
O tym, że banki coraz szczelniej zamykają swe podwoje przed klientami niemającymi krystalicznej przeszłości, świadczą statystyki. W ciągu ostatnich pięciu lat nasze długi w bankach podwoiły się, a wartość kredytów niespłacanych w terminie jest wciąż taka sama - ok. 7 mld zł.
Czy korzystają na tym uczciwi kredytobiorcy? Szybkie pożyczki są wciąż dość drogie - kosztują średnio 16 proc. razem z prowizją. Ale to ok. 4 proc. mniej, niż dwa lata temu.
Zdaniem Krzysztofa Barembrucha z firmy doradczej AZ Finanse dzięki korzystaniu przez banki z nowych źródeł informacji o klientach większą szansę na tańszy kredyt mają "debiutanci". - Jeżeli przychodzi do banku osoba, która nie korzystała wcześniej z kredytu, to z BIK bank niczego się o niej nie dowie - zwraca uwagę Barembruch. Do tej pory banki często po prostu odmawiały kredytu takiej osobie lub oferowały bardzo wysokie oprocentowanie.
Łukasz Mężyk z Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych uważa, że duża część Polaków nie miałaby nic przeciwko temu, by banki skrupulatniej przyglądały się kredytobiorcom. - 34 proc. gospodarstw domowych zgodziłoby się na udostępnianie bankom większej liczby danych, np. o swoich płatnościach, gdyby w zamian mogli otrzymać tańszy kredyt - mówi Mężyk.
źródło: Gazeta.pl